Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/188

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Panie pułkowniku! Proszę o przydział do pułku, bo chcę się bić, a nie włóczyć bez celu po sztabie!
— Nie bardzo się włóczysz, jak dotąd, poruczniku, — zauważył zdziwiony adjutant. — Zresztą widzi mi się, że w tej bitwie wszyscy w ogień pójdziemy, gdyż zanosi się zaiste na dzień sądny... Jednak rozumiem twe pragnienie i dopomogę ci...
Tegoż dnia jeszcze szef sztabu korpusu, pułkownik Zamojski, przyjął Władysława Lisa do 2-go pułku ułanów.
Nie rozproszyło to niepokoju i rozgoryczenia młodego oficera.
Stał się bowiem przypadkowym świadkiem rozmowy Łubieńskiego z dowódcą brygady jazdy, pułkownikiem Kickim i z Gawrońskim, twórcą pułku imienia Zamojskich.
Łubieński, objeżdżając pozycje, mówił:
— Nie dojdzie tu do starcia kawalerji i, z pewnością, Chłopicki nakaże nam odwrót na Modlin... Nie potrafi on posługiwać się jazdą!
Posłyszawszy to, gorzko zapłakał twardy, jak kamień młodzieniec i z rozpaczą spojrzał w niebo, szukając tam otuchy i sił.
Traf rozproszył ciężki nastrój oficera, dochodzącego już do kresu, poza którym mógł nastąpić wybuch nagły, graniczący z szaleństwem.
Pułkownik Zamojski, który o Lisie słyszał już od Ździechowskiego, przyglądał mu się bacznie i badał, zadając różne pytania. Wywnioskował prędko, że ma