Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/182

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wyszli wkrótce z pomiędzy namiotów. Przed nimi odłogiem leżała okryta śniegiem polana, gdzie stały uwiązane do pali konie. O dwieście kroków dalej paliły się ogniska na drugiej linji korpusu.
— Wiesz co, bratku? — rzekł Lis. — Powracaj! Szkoda mi ciebie, więc sam poszukam ambulansu.
Żołnierz podniósł oczy na mówiącego.
Przebiegłość, podejrzliwość i nagły domysł błysnęły mu w skośnych, czarnych źrenicach.
Lis przyłapał to spojrzenie chytre i nieufne i bez namysłu skoczył ku żołnierzowi.
Rozległ się krótki, zdławiony krzyk. Tupnęły mocniej nogi o zamarzłą ziemię i wnet głuche zapanowało milczenie.
— Leż tu, drabie... — mruczał porucznik, wpychając w usta ordynansa barankową czapkę jego i związując mu nogi i ręce pasem i rzemykiem, podtrzymującym spodnie żołnierza.
Ciemna, nieruchoma postać pozostała na śniegu, inna szybko się oddalała.
Lis skierował się ku przednim strażom, obchodząc je od strony, gdzie, jak wiedział już, front został przerwany.
Ognie biwaków zniknęły w oddali, przebrzmiały w mroźnem powietrzu ostatnie okrzyki wartowników, gdy Lis, wyszedłszy na wydeptaną w śniegu ścieżkę, szybko zdążał ku chałupie, gdzie pozostawił ułanów.
Nagle z poza ośnieżonych pagórków wynurzyło się dwu konnych.