Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/181

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zycje, lecz stary Dybicz boi się cara i uparł się, że tu będzie oczekiwał Szachowskoja.
— Do czarta! Książę wcale się nie spieszy! — mruczał stary kapitan. — Napotkał ponoć jakieś niespodziewane przeszkody na drogach z Łomży. Tym czasem w głównym sztabie mówiono mi, że za dwa dni zabraknie nam pożywienia dla ludzi i spiży dla koni. Wybraliśmy się na „przechadzkę wojenną“, a tu...
Zaklął ohydnie i splunął.
Lis pomyślał, że już dostatecznie ważnych rzeczy się dowiedział i że nie ma tu nic więcej do roboty.
Wstał więc i z wyrazem cierpienia na twarzy prosił, aby mu dano ordynansa.
— Pójdę do ambulansu, prześpię się i coś tam wezmę na moje dolegliwości. Głowa mi pęka z bólu, po kościach łamanie chodzi... Oj! Oj! Jutro wnet po „zorzy“ zamelduję się panu pułkownikowi...
— Doskonale! — zgodził się Zorin. — Pojedziemy z raportem do generała Pahlena, a stamtąd do feldmarszałka... Dobranoc!
Lis, konwojowany przez ordynansa, wyszedł z namiotu.
— Czy daleko do ambulansu? — spytał żołnierza.
— A kto go wie! — odparł zaspany żołnierz, wzruszając ramionami. — Podczas bitwy tak się to wszystko pomieszało, że kasza się zrobiła: parki artyleryjskie, tabory, ambulanse, — wszystko odciągano na tyły! Teraz szukać będziemy nie wiedzieć ile czasu...
Lis obejrzał się dookoła.