Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/165

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


bleu![1] Prawda, że to podniesie ducha w wątpiących i chwiejnych, jako że wygrana została pierwsza bitwa... Czy na długo im starczy jednak takiej podniety?...
Tymczasem czuł, że odpowiedzieć na to pytanie nie potrafi.
— Niemojewski, bywaj! — krzyknął nagle.
Adjutant stanął przed nim.
— Słuchaj! — rzekł Dwernicki poważnym i smutnym głosem. — Dziś zrozumiałem wiele rzeczy, dotąd niejasnych dla mnie. Przejrzałem polskiego żołnierza, nawet tego piechura, co nigdy prochu nie wąchał, a wiem, że wódz śmiały, rzutki i stanowczy może cudów z nim dokonać! Widzi mi się, że sztab zamierza mną dziury łatać, a ja zaś poczuwam się na siłach targnąć się na rzeczy większe... Zaraz będę pisał list do ks. Radziwiłła... Chcę prosić go, aby rzucił mnie naprzeciwko głównych sił Dybicza... Zamierzam tedy podać swoją alternatywę: albo przeciwko Dybiczowi od czoła, gdzie prą Pahlen i Rosen, albo niech mnie poślą na zbity łeb na Wołyń i Podole, gdzie, „chadzając luzem“, po swojemu, takiego piwa Moskalom nawarzę, że go nikt nie wychlapie, jak mi Bóg miły!
Niemojewski zmarszczył brwi krzaczaste i mrukliwym głosem rzekł:

— Tu też potrzebni są wodzowie lotni i bitni, panie generale! Rychło patrzeć generał Klicki zemrze, wtedy...

  1. Odważny i zuchwały generał polski... do djabła!