Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/160

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Paszkowa, cofając się bezładnie, już tłoczyła się na grobli.
Ułani szaleli w zgiełku i ciżbie. Bój przechodził w rzeź okropną.
Lis, ścigający strzelców, spostrzegł nagle stojące na uboczu działa rosyjskie.
Kanonierzy, widząc, że bitwa została przegrana, zamierzali popsuć armaty i krzątali się teraz koło nich, wpychając do paszcz ładunki prochu.
Lis w jednej chwili zdarł konia i pomknął ku kanonierom.
Spotkali go strzałami pistoletowemu Kula zerwała mu skórę na policzku, lecz to nie wstrzymało oficera.
Spadł na Moskali, jak jastrząb, i rąbać począł z zamachem straszliwym.
Gdy nikogo już nie pozostało, a z lasu dochodziła go oddalająca się wrzawa i odgłosy strzałów, przystanął i rozejrzał się dokoła.
Przy drodze do Toczysk wrzała bitwa.
Nagle rozległ się daleki śpiew „Jeszcze Polska nie zginęła“. To młoda piechota polska, zasypywana kartaczami Gejsmara, stała jak mur, broniąc dział. Właśnie w tej chwili ruszyły do szarży dwa dywizjony polskich strzelców konnych i dwa szwadrony ułanów 4-go pułku.
Lis krzyknął z przerażenia, bo kawalerja, powitana salwami, zmieszała się tuż przed frontem piechoty nieprzyjacielskiej i zaczęła padać gęstym trupem.
W tej chwili na równinie mignęła barczysta postać Dwernickiego, a za nim inna, niepomiernie olbrzymia.