Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/159

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


To widząc, drugi dywizjon strzelców rosyjskich rzucił się w wir bitwy, znienacka atakując Polaków z boku.
Manewr ten spostrzegł jednak rotmistrz Lewiński i poprowadził za sobą pierwszy szwadron drugiego pułku ułanów.
— Chwała Bogu! — krzyknął radośnie Lis, wbijając ostrogi w boki konia. — Teraz spróbujemy się, rebiata![1].
Roześmiany, szczęśliwy pędził przed szwadronem.
Dopadł wreszcie Moskali. Jakiś rotmistrz, gruby, o czerwonej twarzy i potężnym karku, odbiwszy mu pałasz, schwycił go za lewe ramię.
Lis odchylił się i, puściwszy pałasz na rzemyku, pięścią gruchnął oficera pomiędzy oczy. Moskal natychmiast dał nura z konia, a młody porucznik, co chwila stając na strzemionach, błyskał pałaszem, płatał głowy i odwalał ręce. Dokoła jak w ukropie pracowali lancami zwinni ułani, a nikt z nich nie słyszał, że w kierunku drugiej leśnej drogi zagrzmiały częste salwy, bo z lasu wynurzyły się już były kolumny Gejsmara, zdążające od strony Toczysk.
Drugi dywizjon Paszkowa nie wytrzymał szarży Polaków i cofać się począł w popłochu.

Ujrzawszy, że ułani już dobijają konnych strzelców, dywizjon pierzchnął, wpadł na resztę swoich szwadronów, wniósł nieład i popłoch i po chwili kolumna

  1. Po ros. — chłopcy.