Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/126

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Za nim podążył pan Józef i tuż za progiem spytał proboszcza:
— Słyszałeś, Jegomość, co mówił ten chłopczyna?
— Słyszałem, panie dobrodzieju, bom tuż przy łożu klęczał, — odpowiedział szeptem proboszcz.
— No, tandem[1] tedy zbrodni nad nim dokonano? Zabito ułana polskiego... zacną duszę zgładzono... — utyskiwał poczciwy szlachcic. — Co się dzieje! Co się dzieje! Niewinnych ludzi o zdradę posądzają i na wielkiej drodze — rrym! po czaszce i do rowu! Eh! Na to nie pozwolę... Wnet pchnę pachołka do Dwernickiego z zapytaniem, czy ma takiego ułana pod sobą, bo może w gorączce tylko gadał bez sensu...
W pokoju chorego, niewiasty otoczyły panią Truszkowską i szeptały z przejęciem:
— Powiedział, że jechał ujrzeć ukochaną... Naszą Julcię po imieniu nazwał i z nazwiska... Tu już fałszu nijakiego być nie może!... Po ostatniem olejem świętem namaszczeniu oprzytomniał, snąć, i przemówił! Biedaczyna, sierota opuszczony, bezdomny!... Taka go spotkała krzywda straszliwa!
Panie znowu popłakiwać zaczęły i szeptać modlitwy.
Panna Juljanna nie ruszała się z miejsca i do nikogo się nie odzywała.

Klęczała po dawnemu i wpatrywała się w twarz rannego, jakgdyby oczekiwała, że jeszcze przemówi, że

  1. Więc.