Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


łączy, a babcia mi o weselisku prawi! Nie takie teraz czasy, by o tem myśleć!
— Młodym na miłość wszelki czas dobry! — uśmiechnęła się pogodnie i zaczęła szperać w torbie, szukając talji kart i okularów.
Wkrótce sala opustoszała.
Tylko dziewczyny pokojowe krzątały się, sprzątając ze stołu i plotkując o parobkach i starym lokaju Teofilu, którego wczoraj żona znowu biła i przygadywała brzydko, nazywając „łysym wiercipiętą“...
Tymczasem w izbie gościnnej, gdzie leżał ranny, przy tapczanie stały panie Truszkowskie.
Panienka, klęcząc przy młodzieńcu, głaskała go po rękach i zaglądała w jego bladą, nieruchomą twarz. Pani Truszkowska szeptała modlitwy, z trwogą patrząc w zrozpaczone oczy córki.
Chory poruszył się nagle, usta mu drgnęły i skrzywiły się w bolesnym uśmiechu.
— Jadę do Pyszkowa... do panny Juljanny Truszk... — szepnął, ledwie rozchylając usta.
Widocznie myśl ta owładnęła nim całkowicie i tkwiła w nieprzytomnym mózgu.
— Panie Władeczku! Panie Władeczku! — mówiła panienka, pochylając się nad nim.
Chłopak nie słyszał, bo ani odpowiedział, ani oczu nawet nie otworzył.
Po chwili rumieniec zalał twarz jego. Ranny żywiej się poruszył, jął mruczeć, bełkotać i wykrzykiwać rosyjskie i polskie słowa, a gdy chciał zerwać z siebie