Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/119

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


bowiem do Pyszkowa biedaka, podejrzanego o szpiegostwo, a usieczonego podczas ujęcia go.
— Któż to taki? — zapytała babcia Kobierzycka.
— Nie wiem! — odparł dziedzic. — Jeżeli nie przesłyszałem się, wymienił swoje nazwisko... Lis, ale że był nieprzytomny, więc może...
— Czy jest to młody człowiek? — spytała, blednąc i podnosząc się gwałtownie, panna Juljanna.
— Otóż to! — zawołał pan Kobierzycki. — Dziwna rzecz!... Ranny powiedział, co prawda, bardzo niewyraźnie, że jedzie do Pyszkowa do panny... Juljanny. Postanowiłem tedy zabrać go ze sobą, inaczej zmarłby niezawodnie, bo powiadam wam, ma porządnie rozłupaną głowę. Cyrulik...
— Mamusiu! — krzyknęła panienka. — To nikt inny tylko Władeczek Lis, poczciwy, zbłąkany na obczyźnie chłopak, którego wraz z ciotką Marjanną kształciłyśmy w Petersburgu!
Panienka wybiegła z pokoju, a za nią podążyła pani Truszkowska.
— Bacz, Józefie, aby miast komisji sądowej, nie przybyła tu komisja księża! — mruknęła babcia Kobierzycka.
— Nie daj, Boże, aby ten chłopak zmarł u nas! Nabawiłbym się dopiero kłopotów! — zawołał dziedzic.
— Nie o tem mówię! — wzruszyła ramionami starowinka. — Śluby małżeńskie węszę, bo mi już to w karty potrzykroć wczoraj wypadało.
— Zaś tam ślub! — żachnął się szlachcic. — Człek ledwie zipie, tylko patrzeć, z Bogiem się po-