Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


bandaż, obydwie panie wraz z Szymkiem musiały trzymać go za ręce. Słaby, posiekany i nieprzytomny młodzieniec zachował jednak siłę tak ogromną, że tęgi lokajczyk, pchnięty mocno, aż do ściany dwa razy odleciał i z przestrachem szepnął:
— A toż to mocny pan, proszę jaśnie panienki, siłacz okrutny!...
Siłę jednak zachował Lis, widać, tylko w prawej ręce, bo lewa dłoń jego, którą trzymała dziewczyna w swojej, uspokoiła się natychmiast i tylko drgała chwilami. Może, zresztą, jakimś wewnętrznym wzrokiem, lub resztkami świadomości, budzącej się na krótko, ranny widział pochylone nad nim spłakane, pełne troski i niepokoju, słodkie oblicze złotowłosej panienki.
Juljanna na krok nie odstępowała od łoża chorego, wlewała mu do ust wodę z sokiem i poprawiała poduszki i bandaże, na których wykwitnęła i rozpływała się coraz bardziej krwawa plama.
Koło południa przyjechał cyrulik Ferand ze szkatułą, znaną w całej okolicy, a zawierającą leki przeróżne.
Znowu oglądał Francuz ranę Lisa, lecz już nie zachwycał się cięciem, tylko głową kiwał, sapał i mruczał:

Parbleu![1] Przez taka wielka dziura la vie[2] może łatwo uciec... Hm, hm... Ale jeszcze żyje... twarda głowa, mocna głowa, dlaczego nie będzie jeszcze żyła?...

  1. Przekleństwo francuskie.
  2. Życie.