Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.




Rozdział VII.
Dziwne drogi ludzkie.

Szosą z Łaska do Sieradza jechały szparko kryte sanie, zaprzężone w cztery tęgie konie, a jakiś krewki mąż co chwila wytykał głowę przez okienko i pokrzykiwał:
— Macieju, poganiaj!
Stangret strzelał z bata, lecz koni nie bił, bo same szły dobrym kłusem, aż grudki śniegu wylatywały wysoko z pod kopyt.
Na skręcie szosy kilka jeźdźców zatrzymało sanki.
— Kto jedzie? Pokazać glejt! — rozległy się głosy.
Szlachcic znowu wyjrzał, opuściwszy oszkloną ramę, i zapytał zdumiony:
— Co to za ludzie? Odkąd to obywatelom bez opowiadania się nie wolno jeździć szosami?
Jeden z jeźdźców, przyjrzawszy się baczniej, zawołał:
— Ach, to pan Kobierzycki! Przepraszamy bardzo, lecz posłano nas przełapywać szpiegów, których pono wszędzie nasadził Konstanty, a ci węszą i donoszą Moskalom.
Szlachcic wysiadł z sani, przeciągnął się, żeby wyprostować zdrętwiałe członki, i nagle spostrzegł leżącą postać i czarną plamę krwi na śniegu.