Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— A cóż to za wypadek? — spytał, niespokojnie patrząc na jeźdźców.
Oficer, dowodzący patrolem, pocierając uszkodzoną rękę, opowiadać zaczął o zajściu z jakimś osiłkiem, który, gdy go chcieli do sztabu odstawić, poturbował wszystkich, tego i owego razem z koniem obalając.
— Przepraszam, pana oficera, a za coście go napadli? — spytał pan Kobierzycki.
— Po polsku strasznie się źle wysławiał, Moskalem od niego trąciło, myśleliśmy, że szpieg... — odparł oficer.
— No, i cóż, istotnie się szpiegiem okazał? — pytał dalej szlachcic.
— Nie wiemy... bo jeden z moich żołnierzy zaciął go...
Pan Kobierzycki pochylił się nad leżącym.
— Zdaje mi się, że już po nim... — mruknął, i, przyklęknąwszy na śniegu, przyłożył ucho do piersi rannego.
Leżący w kałuży krwi człowiek nagle się poruszył i, robiąc straszliwy wysiłek, uniósł głowę.
— Władysław Lis... jadę do panny Juljanny... do Pyszkowa... — wybełkotał.
Skrwawiona głowa opadła znowu na śnieg, gdzie się rozpływała coraz szerzej wielka, czarna plama.
— Na miły Bóg! — zakrzyknął pan Kobierzycki. — Toż to chyba o krewniaczce księżny pani Łowickiej, Juljannie Truszkowskiej, bredził ów człek... Mieszka ona z matką w moim Pyszkowie... Proszę o pozwolenie zabrania rannego ze sobą... u mnie go dla badania sądowego znajdziecie, jeżeli nie zemrze, bo, widzę, że srodze zranion...