Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/8

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


stem, gdy wojewoda do króla się uda na jakoweś narady. Was prosiłem na drużbów, no, i na wypadek, gdyby...
— Gdyby serpentyny w łan musiały pójść? — dokończył Tomaszek, klepiąc towarzysza po ramieniu. — Poznaję Haraburdów krew!
— Może masz przy sobie konterfekt panny, to pokaż! — rzekł Wacek.
Zapytany rozpiął żupan i wyciągnął z zanadrza wiszący na złotym łańcuszku medaljon.
W tej chwili, jakaś dłoń schwyciła za łańcuszek, a ochrypły pijacki głos zawołał:
— Pewno masz tu, mopanku, fizjognomję swojej gamratki? Wiele, bowiem, tych samopasek z cesarstwa przybyło do stolicy. A gładkie to, a przytulne, a pieszczotliwe i do trzosu pochopne. Pokaż-no, pokaż!
Mówiąc to, opój ciągnął łańcuszek do siebie.
Młodzian, nie oglądając się, ścisnął rękę awanturnika tak, że coś chrzęsło głośno, a palce wyprężyły się natychmiast i wypuściły trzymany przedmiot.
Wtedy dopiero się obejrzał.
Za nim stał wspaniale i barwnie wystrojony rycerz. Że był to rycerz, to wlot poznał napadnięty młodzian. Butna mina, sumiasty wąs, zawadjackie oczy, ciężki pałasz, czerwone buty z ostrogami i zsunięta na tył głowy rysia czapa-ableucha — wszystko to odrazu spostrzegł młodzian i zmiarkował, z kim ma do czynienia.
— Jestem Horb-Kiczyński, rotmistrz chorągwi lisowczyków! — rzekł zawadjaka buńczucznie, kładąc dłoń na rękojeści szabli.