Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/50

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


leciałem do Lipkowszczyzny. Pani Wanda w dobrem zdrowiu przebywa, a Wacek do obrony się przysposobił...
— Chwała Bogu, chwała Bogu! — przerwał mu pan Władysław. — Powiedzże mi nareszcie, człowieku, co się tam dzieje? Czego chce ode mnie ten szwedzki graf?
— Widzisz, rzecz się tak ma — rozpoczął Dubissa-Kraczak. — Po twoim odjeździe nazajutrz przywieziono dwa pisma: jedno do ciebie, drugie — do pani Wandy. Mzura przeczytał pismo, nadesłane do ciebie od Sapiehy Witebskiego.
— Pan Piotr pisał?
— A no, któryżby inny? On — stary druh! Pisał, że w Warszawie dowiedział się, iż król jegomość jest mocno gniewny na ciebie, a, podsycany przez wojewodę Sieniawskiego, uchwalił ściganie ciebie za gwałt nad Szwedami pod Marienhauzem i, że polecił komuś z możnych szwedzkich lenników inflanckich lub kurlandzkich siłą zniewolić cię do stawienia się na sąd, gdzie wyniknie sprawa gardłowa, bo tak wszystko tam przedstawiono! Pisze pan Piotr Sapieha, że król nie może w niczem negować żądań pana wojewody, boć to nawet wróble na płotach wiedzą, że gdyby nie Potoccy, Zamojscy, Ostrorogi, Wiśniowieccy, Sieniawscy, Żółkiewscy i Koniecpolscy, którzy w ciężkiej opresji króla płaszczem obywatelskim i powagi swej osłonili, — połknąłby Zygmunta Wazę, niby kiełbia, Maksymiljan Habsburg, a Karol Sudermandski przetrawiłby go do cna! W niczem, więc, odmówić im nie może, a Sieniawscy — ojciec i syn, który to u imć pana Fuggera odszczekiwał dla nas