Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/49

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„Dobrze!“ Rozumiesz? A, posiliwszy się, pędź co tchu z powrotem, jeno bacz, abym cię nie dogonił...
— Budu gnać, jak wiłkołak! — odpowiedział pachołek i w pół godziny później, zaszywszy list pana do kapuzy, a pieniądze w kulbace, wyleciał z bramy zajazdu jak oszalały i pomknął aż się kurzyło za nim.
Pan Władysław Haraburda pozostawał do wieczora w karczmie, dając posłańcowi kilka mil przed sobą i rozmyślając nad listem przyjaciela.
Zmiarkował młody rycerz, że Mzura obawiał się pisać szczegółowo, na co, widocznie, miał poważne powody.
— Co ma do mnie ten Magnus, możny Szwed, zaufany przyjaciel królewski, stały bywalec na dworze warszawskim? — głowił się pan Władysław. — Chyba nie za sprawę Marienhauzką mści się na mnie? Boć to zaufany lennik polski i marszałka koronnego powiernik? Porwać Wandkę? Przebóg, przecież on jej nigdy nie widział?!
Do żadnej konkluzji stanowczej i jasnej pan Haraburda nie doszedł i późnym wieczorem szerokim szłapem dobrych, mocnych koni sunął traktem na Dyneburg.
Przed Rzeżycą spotkał go pan Tomasz Dubissa-Kraczak z zebraną na odsiecz szlachtą. Nikogo tu z okolicznych sąsiadów nie brakowało, ani możnych, ani szaraczków, co rapcie przy szabliskach z pieńki mieli splecione, a siodła proste, drewniane, roboty domowej.
Pan Tomasz, odprowadziwszy przyjaciela na stronę, opowiadał:
— Otrzymawszy wczoraj o świcie twoje pismo, po-