Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/48

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


prędzej, a uprzedzającym, aby strzegł się w drodze powrotnej.
— Słuchajno, chłopcze, — zapytał rycerz pachołka — czy aby dziedziczka w dobrem zdrowiu przebywa?
— A jak to słonko w niebie nasza pani-krasawica! — zawołał posłaniec.
— Więc cóż, do czarta, takie trwożne pismo posyła imć pan Mzura? — pytał dalej.
— Ja nie znaju — odparł pachołek — tylko ludziska bajut o tem i owem...
— Mów, o czem bają i co wiesz! — krzyknął rycerz.
— Bajut, że graf Magnus, ten, co ma kasztel srogi pod Kokenhausen, na wielmożnego pana wojną chce iść...
— Graf Magnus? Na mnie? Za co? Co ja mu zrobiłem? — zdziwił się pan Haraburda. — Co jeszcze powiesz?
Pachołek oczy opuścił i miętosił w dłoniach czapkę.
— Mów, nie bój się! — rzekł rycerz.
— Słychał ja, że graf chce wam, wielmożny panie, żonkę porwać... Oj, panie!
Chłopak drgnął, bo ujrzał, jak nagle zbladła twarz dziedzica, a na niej odrazu wystąpiła szkarłatna pręga, niby rana, niewidzialną zadana szablą.
— Nic to, nie bój się! — szepnął młody rycerz. — Każ siodłać konie, a niech masztalerz kupi dobre bachmaty, bo potrzebuję luzaki. Pojadę w dzień i w nocy. Kolasę zostawimy tu, bo będzie nam zawadą w drodze. Dostaniesz pismo do pana Dubissa-Kraczaka, a panu Mzurze powiedz tylko jedno słowo: