Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/29

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ścigania jego nie boję się, bo „szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie“ i niech do tej zagrody nosa swego nie wścibia... Źle na tem wyjdzie i on i ciury jego. Nie dam się nikomu, a z pomocą mi przyjdą całe Inflanty nasze, jak są szerokie, i kamraty z Kurlandji. Niech się pan Piotr nie targa na mnie, bo kły sobie poszczerbi!
Siedzieli jeszcze długo, chociaż świece dawno spłynęły soplami wosku i zgasły. Przypominali sobie młodzi czasy pierwszej znajomości, gdy się spotkali na dworze kniazia Ostrogskiego, znajomka i kombatanta kasztelana Haraburdy.
Wanda poznała młodego zagończyka, gdy powracał z wyprawy budziackiej, ścigając tam i znosząc czambuły tatarskie i luźne watahy hultajstwa, włóczącego się po Dzikich Polach. Widywali się później często, gdyż pan Sieniawski jeździł w poselstwie do chana tatarskiego, a kniaź Ostrogski — na odwiedzenie coraz bardziej podnoszącej głowę kozaczyzny siczowej, młody zaś Władysław straż trzymał zbrojną w posiadłościach kniaziowych.
Tam się zrodziła w nich pierwsza słodka tęsknota, jej — w alkierzu, gdy wypatrywała powrotu bujnego młodziana, strzegącego, jak brytan stada, niezmierzonych obszarów włości Ostrogskich, a jego — na siodle, z szablą w garści, w oczeretach i jarach, gdzie tropił i podchodził podstępnych ordyńców i zbirów, chciwych łupu.
Była to bezwiedna jeszcze tęsknota dwóch młodych, gorących serc, później przeszła ona w miłość, gdy stary pan Sieniawski, ojciec, i potężny, możny książę Ostrogski pod niebiosa wychwalać zaczęli rycerskie