Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/28

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zatrzymali się koło północy we dworze Bielany, należącym do Henryka Stulgińskiego, ciotecznego brata Seweryna, towarzysza i przyjaciela Haraburdy z lat dziecinnych i wojny moskiewskiej.
Tu już czekano na gości, bo nietylko cały dwór, lecz nawet kościół płonęły ogniami we wszystkich oknach, a pachołkowie z pochodniami o pół mili od bramy spotkali nadjeżdżające sanie.
W godzinę później z kościółka wyszli w otoczeniu gospodarzy, przyjaciół i gości młodzi Haraburdowie, odprowadzani wiwatami i strzałami z pistoletów.
Dopiero nad ranem młodzi pozostali we dwoje. Haraburda usiadł i przygarnął do siebie młodą żonę.
— Co postanowię, tego dokonam! — rzekł z mocą. — Serce moje pożądało ciebie, Wandko najmilejsza, i oto Bóg nas połączył na zawsze!
Przytuliła się do niego i szepnęła:
— Wstyd mi, że Sieniawska ani wiana ani parafernaljów przystojnych mężowi do domu nie wniosła!
— Zaś tam! — zaśmiał się serdecznie młody. — I wiano jest i parafernalja są! Wiano — serce twoje, parafernalja — gładkość twoich lic, luba moja! A jest jeszcze ordynacja przednia — wiara w długie trwanie miłości, nie płochej, lecz mocnej jak stal z Damaszku! Hej, bogaty jestem i szczęśliwy!
— Przynoszę ze sobą niepokój i troski dla ciebie! — szepnęła znowu. — Stryj, jeżeli nie zemrze, ścigać nas nie ustanie...
— Nic mu nie będzie!... Zerwało mi się szablisko, ale ocucił się już dawno. Nie tak go obuchem ogłuszył chłop przez zemstę za syna, na śmierć zakatowanego, a wszelako wrócił wojewoda do zdrowia...