Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/27

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wykrzyknąwszy to, skierował się do Haraburdy i chciał go porwać za kołnierz.
— Wara, wara, panie wojewodo! — warknął rycerz. — Bacz, abym nie zapomniał, kogo mam przed sobą...
Stał wyprostowany i groźny, bo straszliwa blizna zsiniała mu i nabrzękła, jakgdyby krwią wnet trysnąć miała.
Wojewoda jednak był to człek popędliwy i dumny nadmiernie.
Zamachnął się szeroko i już cios miał spaść na policzek stojącego przed nim młodzieńca, gdy nagle Haraburda stracił cały swój spokój i, schwyciwszy szablę w połowie pochwy, rękojeścią uderzył Sieniawskiego w podniesione ramię.
Stary magnat szybko cofnął dłoń, a ciężka głownia, nie spotkawszy oporu, spadła mu na pierś. Ogromną posiadał siłę Haraburda, bo w sieni aż jęknęło i zahuczało od ciosu. Wojewodę odrazu zamroczyło; zatoczył się i osunął na ręce starego sługi.
Haraburda podbiegł, zajrzał mu w oblicze, dotknął piersi i, pochyliwszy się nad zemdlonym, słuchał.
— Nic mu nie będzie! — mruknął. — Uniósł się zbytnio gniewem, krwią mu nabiegły żyły i rozum zamroczyło od uderzenia. Rychło powróci do przytomności ducha...
Powiedziawszy to, młody rycerz ogarnął ramieniem drżącą pannę i razem z nią opuścił dom, przed którym chodził Mzura i nadsłuchiwał.
W pół godziny później troje sanek, poprzedzanych przez pięciu hajduków, prowadzących kilka tęgich luzaków, wyjeżdżało za rogatki Warszawy.