Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/26

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Haraburda podszedł do drzwi wchodowych i uderzył kołatką.
— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! — powitał go stary famulus, otwierając ciężkie podwoje.
Młodzieniec chciał zapytać o wojewodę, gdy nagle do sieni wpadła panna Wanda w kożuszku lisim i w kapturku. W ręku niosła obraz Matki Boskiej Częstochowskiej i małą okutą szkatułkę.
— Prędzej, prędzej, bo stryj...
Nie dokończyła, gdyż boczne drzwi szeroko się rozwarły i w nich wyrosła wyniosła postać wojewody Piotra Sieniawskiego.
— Stać! — zawołał nawykłym do rozkazów głosem.
Wszyscy znieruchomieli i czekali.
— Odpowiesz przed sądem za zamach na porwanie szlachcianki i dziewicy — rzekł surowym głosem pan Sieniawski. — Nie wymkniesz mi się, asan! Panna ma iść do swojej komnaty, a przed waścią — tymczasem drzwi otworem! Proszę!
— Rodzic Wandy pobłogosławił nasz przyszły związek ślubny, panie wojewodo, więc nie godzi się stryjowi negować woli ojca! — odezwał się Haraburda i postąpił krok naprzód. — Wanda pójdzie ze mną z woli, czy wbrew waszej woli!
— Zachciało się szlachetce fortuny Sieniawskich! — syknął stary magnat.
— Zachciało mi się żony po sercu, z zacnego domu, gdzie nie frymarczą słowem! Fortuna — furda, mam swego poddostatkiem, panie wojewodo! — hardo odparł młodzieniec.
— Dość tego! — krzyknął Sieniawski. — Słysz ty, pachołku?! Hola z mego domu!