Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/25

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ostrością octu i korzeni sapor, ulubiony przez szlachtę sos, bo przytłaczał opary wina i wódki, gdy człek ponad miarę podchmielił. Przy ogniskach, w popiele, piekły się podpłomyki — małe bochenki chleba, przypominające rycerskiej braci życie obozowe i gorące czasy bojów, pochodów i zwycięstw Batorowych.
Pan Tomasz zwęszył to wszystko i, parsknąwszy głośno, rzekł ze śmiechem:
Delibera nos a malo... Biegnę!
Za chwilę zniknął za rogiem kamienicy.
Pan Haraburda z Wacławem Mzurą szybko szli w stronę pałacu prymasowskiego. W owe czasy klęski pod Cecorą i zbliżającego się zwycięstwa polskiego rycerstwa pod Chocimiem, gdy mrowie janczarów sułtańskich połamało zęby o mury tej twierdzy i o zbroje rycerzy Chodkiewicza, Lubomirskiego i Konaszewicza Sahajdacznego, którzy u granicy Polski wstrzymali potężną Turcję niby niedźwiedź, osadzający żubra w kniei, — obok gmachu prymasowskiego stał mały pałacyk Sieniawskich, rzadko przez nich odwiedzany.
Zamieszkiwał go teraz wojewoda Piotr Sieniawski z synem Stanisławem i bratanicą Wandą, dla której, po śmierci ojca, przeprowadzano w sądach i urzędach intromisję.
Haraburda wyjął z zanadrza pektoralik. Dochodziła godzina ósma.
— Pewno rozminęliśmy się z posłańcem — szepnął, patrząc na ciemne okna frontowe pałacyku Sieniawskich. — Wejdę, a ty, Wacku, czekaj na mnie i przybywaj, gdy usłyszysz alarm.
— Z Bogiem! — odparł Mzura i, odrzuciwszy połę burki, namacał głownię szabli i trochę zwolnił rapciów.