Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/288

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


po morzu rozrzuciły, aż z trudem do kupy się zebrały.
Stało się to wtedy, gdy król Zygmunt wysłał w pomoc cesarzowi siedem swoich brygantyn aż pod Wismar, gdzie Szwedzi z Duńczykami się połączywszy, na dnie Bałtyku pogrzebali banderę polską.
Nie wiedział o tem pan Władysław Haraburda, gdyż bez duszy leżał na opiece przybyłej do Gdańska stroskanej, zrozpaczonej pani Wandy, oddanego imć Kubali i uczonego mistrza Wéliczki, przez hetmana posłanego.
Auxilium in viribus sine ulla exceptione est! — mruczał uczony Czech, powtarzając te słowa przez pięć długich męczeńskich miesięcy zmagania się rannego rycerza ze śmiercią.
Siły potężne jednak zwyciężyły, bo zła gorączka ustąpiła i pan Haraburda przytomność odzyskał. Patrząc na wybladłe oblicze żony, rycerz długo się nie odważał zapytać jej o los tego, co się stało mu droższem nad życie.
Drżała na myśl o tem pytaniu pani Wanda, czując je we wzroku męża.
Imć Kubala przyszedł jej z pomocą, bo sam, nie pytany, zaczął brednie pleść o nowych bitwach na morzu, o zwycięstwie przy Helu, zdobyciu fregaty admiralskiej i o pogrążeniu Gustawa-Adolfa.
— Zwiał teraz do cesarstwa i tam szczęścia próbuje, abo śmierci szuka! — zakończył swoje opowiadanie.
Rycerz patrzał na niego uważnie, nie pytał o nic i nie cieszył się.
Gdy umilkł imć Kubala, ani słowem się nie odezwał pan Haraburda.