Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/284

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sprawni szwedzcy żeglarze nie poszli w potrzask i biegli na wschód — ku Pilawie, a największy okręt, inne wyprzedziwszy, usiłował swemu admirałowi na pomoc przybiec.
Cztery słabsze okręty polskie parły przed sobą Szwedów, a, mając śmiglejsze żagle, doganiać zaczęły.
Najdalej zapędził się na swojej dawnej „Zjawie Morskiej“ pan Haraburda.
Już widział przed sobą wyraźnie wysoką, co chwila okrywającą się dymem strzałów rufę orlogi, a przez lunetę mógł nawet odczytać jej nazwę — „Słońce“.
Pędził za nią w szalonym pościgu, chcąc zajść jej od burty i uszkodzić poważnie, aby w biegu wstrzymać.
— Puszkarze od sztaby! Po dziesięć dukatów temu, który zbije maszt! — krzyknął w tubę rycerz.
— Hamsen, nadaj żagli! — rzucił towarzyszowi. — Na miły Bóg, żagli!
— Wszystkie w robocie! — odkrzyknął młody żeglarz i nagle zachwiał się i padł, rażony w głowę pociskiem.
W tej chwili rozległ się radosny krzyk okrętników.
Na „Słońcu“ chwiać się zaczął i z trzaskiem runął za burtę fok-maszt, strącając do morza dwie szalupy, zerwane ze szpylów.
— Szyper! — huknął rycerz. — Do niej! Chłopcy, do haków!
Orloga szwedzka znacznie zwolniła biegu.
Muża odrazu zmiarkował, co ma robić. Zapłynął od rufy i tak blisko, że okręty burtami się otarły, przewracając swoje działa, łamiąc relągi i obrywając gaflowe żagle.