Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/272

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Jakbyś słyszał, mopanku, ja ci powiadam, bo już o tem panu Haraburdzie mówiłem! — odpowiedział pan Koniecpolski i, zwracając się do poważnego jegomościa o surowej twarzy, siedzącego w milczeniu, dodał po niemiecku:
— Panie Dickmann, jesteś praefectus regiarum navium, więc musisz wiedzieć, że ten oto rycerz Wisby zamknął i Szwedów siła napsował!
— Goddam! — mruknął pan Dickmann i, powstawszy, silnie rękę panu Haraburdzie potrząsnął. — Cuda o waszmość panu rozpowiadał mi Herman Witt. Rad jestem znajomości i proszę pana hetmana, aby raczył mi tego rycerza odstąpić! Na takich jeno polegać teraz możemy!
— Wasza dostojność, i ja o to pokornie proszę! — zawołał pan Haraburda.
— Do sententiam communem dojdziemy później! — odparł, nagle poważniejąc, pan Koniecpolski. — Będę miał z tobą, waść, do pomówienia.
Wszyscy zrozumieli, że wielki hetman koronny, mimo szczerej radości z powodu powrotu rycerza, miał już na niego jakowyś plan.
Pan Haraburda czekał na wezwanie hetmana do nocy, jednak czas ten mu się nie dłużył, bo, korzystając z silnej nordy, przypłynęli do niego stary towarzysz bojowy, dzielny Witt, pomocnik Dickmanna i komendant brygantyny „Wodnik“, oraz inny sławny żeglarz — Mor, kapitan „Delfina“.
Opowiadali marynarze panu Haraburdzie o wojnie morskiej, a rycerz, słuchając ich, aż za głowę się chwytał i pięścią w stół co chwilę walił.
Witt mówił: