Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/273

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Urosła nasza armata do dziewięciu dużych brygantyn, nie licząc mniejszych szkut. W maju zwiedziano się w Gdańsku, że szwedzki admirał Karl Gyllenhjelm wypłynął ku naszym brzegom z całą armatą. Posłano mnie, Mora i Magnusa z trzema brygantynami i dużą szkutą zbrojną na zwiady. Porwał nas ost i zapędził aż na wysokość Łebskiego jeziora. Miarkujesz, waść?
— Miarkuję... — odpowiedział zasłuchany pan Haraburda. — Daleko zniosło was!
— Daleko! — kiwnął głową Witt. — Zmieniamy halzę, aż tu, mając wiatr od bakortu, wali cała siła szwedzka!
— Przebóg! I mnie wtedy nie było! — krzyknął rycerz. — Mów, mów dalej!
— Jam ci to wtedy prowadził flotylę, — mówił dzielny żeglarz, — wywiesiłem sygnały i, biorąc na półwiatr, wyciągnęliśmy się w kilwater-szyku i biec zaczęliśmy nazad ku Helowi. Nie miałem siły do bitwy z całą armatą...
— No, przecież! — zgodził się rycerz, oczu z mówiącego nie spuszczając.
— Płyniemy, a ja sobie myślę, że brygantyny wyprowadzę, a szkutę stracę, bo nie miała ona śmigłego żaglostroju i bieżną nie była. Korci mnie i gryzie, że zgubię tę łupinę, aż tu widzę...
— Prędzej, na miły Bóg! — zawołał pan Haraburda, bo Witt fajkę zaczął zapalać i umilkł na chwilę.
— ...widzę, — ciągnął dalej żeglarz — że spostrzegli nas Szwedzi i zaraz trzy lekkie, chyże orlogi rozwinęły trajżagle i — ku nam! Gonią nas!
— W to ci graj, przyjacielu mój! — klasnąwszy