Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/263

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.



Rozdział XVI.
Wielkie a zapomniane dni.

Ze Szczecina pędził pan Haraburda do Gniezna, skąd miał jechać aż pod Lwów, gdzie w swoich posiadłościach, jak suponował, przebywała pani Wanda.
W połowie października stanął rycerz w Wałczu.
W alwerzu dużej austerji, dokąd zazwyczaj podawano podwody z poczty, którą w owe czasy utrzymywał w całej Rzeczypospolitej za przywilejem królewskim imć Dominik Montelupi, nie było nikogo.
Nie chciał pan Haraburda de publicis rozmawiać z byle kim, aby wieści fałszywych nie nabrać, więc ucieszył się, zobaczywszy wchodzącego męża o mądrem obliczu i pańskiej postawie.
Usiedli przy różnych stołach i w oczekiwaniu koni kazali podać sobie gorącej polewki piwnej, bo przymrozek już dokuczał dotkliwie.
— Mój jegomościu! — szepnął imć Kubala do rycerza. — Zaproście się do kompanji z owym szlachcicem, boć to nie jakowyś niemiaszek kupczący i nie mieszczuch-żminda grodzki, jeno ktoś znaczniejszy.
— Nie wypada, asanie! — mruknął pan Haraburda. — Nie znają mnie w tych okolicach, a więc nic nie wskóram, bo każdy trzymałby język za zębami,