Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/264

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


aby nie wygadać się z tem, o czem nie warto rozpowiadać przygodnemu znajomkowi. Kontuzja się nam stanie i tyle!
Jednak imć Kubala nie dał za wygraną, więc, pokręciwszy się po alwerzu, zajrzał przez okno na dziedziniec i podszedł do siedzącego w kącie szlachcica.
— Przepraszam waszmości, — rzekł z ukłonem — ale chciałbym wiedzieć, jak daleko stąd do Gniezna, bo właśnie tam z panem Władysławem Haraburdą zdążamy, a na pośpiechu nam siła zależy?
Zapytany pan bystro spojrzał na młodzieńca i zawołał:
Spero, że nie ten pan Haraburda, który Szwedom aversionem czynił na morzu i nad zamiar nieprzyjaciela gnębił?
— Ten ci on jest, wasza dostojności! — zakrzyknął uradowany Kubala.
— Czekajno, waść, czekaj! — powolnym głosem przerwał mu szlachcic. — Jakżeż ten, skoro tamtego, głośno o tem było w kraju, zbóje morscy mieli porwać i sub corona vendere?
— Pan Haraburda powraca teraz, waszmość panie, z niewoli maurskiej! On to tam siedzi... — objaśniał Kubala.
— Cud nad cudy! — mruknął szlachcic i skierował się ku rycerzowi.
Pan Haraburda na jego widok powstał z ławy.
— Jestem Tomasz Łyskowski, starosta gnieźnieński, i, jeżeli prawda, co ten młody panek gadał, to z duszy witam waszmość pana, jako powracającego z jasyru na łono ojczyzny! — mówił pan starosta, wycią-