Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/255

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


szych sercach pamięć o dniach szczęśliwych! Żona moja, jak słońce jasna, miłość jej jak te góry mocna, a głęboka jak otchłań, co kresu nie ma i dna. O świcie i w godzinę spoczynku słyszę szept jej modlitwy za mnie, a w dzień myśl jej, jak ptaszyna śpiewna, przylatuje do mnie i koi tęsknotę moją i troskę nieznośną odgania!
— Szczęśliwy ty i jeszcze bardziej szczęśliwa ona, że tak mówisz o umiłowanej! — szepnęła Bida Ghezal. — Mów, czego chcesz, a za twe dobre słowa pocieszenia, pójdę i będę błagała małżonka-sułtana, aby spełnił twoje żądanie!
— Uczyń dla mnie jedno tylko, lalla! — odparł pan Haraburda. — Módl się do swego Allacha, bo Bóg jest jeden, aby wyprowadził mię na drogę powrotną do miłej ojczyzny i do ukochanej żony! Ja zaś będę Boga błagał, aby rzucił na ciebie promień szczęścia. Bądź zdrowa, lalla! Odchodzę, gdyż słyszę głosy ludzi...
Pan Haraburda szybko się oddalił i wyszedł na brzeg swego jeziora.
Ujrzał piękny obraz. Przy szerokich schodach, prowadzących na taras pałacowy, stała wspaniała galera, przez hiszpańskich niewolników zbudowana. Kobierce barwne pokrywały jej burty i wzniesione wysoko teremy przewiewne. Snopy kwiatów i wieńce zdobiły wnętrze obydwóch kasztelów i drzewa masztów. Cicho się poruszały podwinięte szkarłatne żagle. Płonęły pochodnie na rufie i sztabie galery. Podnosiły się z kadzielnic strugi wonnego dymu. Grała kapela niewolnic... Zachodzące słońce złote rzucało różowe pasma na gładką powierzchnię jeziora, na białe płaszcze i zawoje tłumu, schodzącego ku galerze.