Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/254

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


lub w zgiełku bitwy dnie swoje trawi, a ja... ja... opuszczona i zapomniana we łzach błagam Allacha, aby życie moje przeciął, niby nikłą nić jedwabiu!
Łkać głośno zaczęła „Bida Ghezal“, bo, istotnie, zapomniał o swej żonie prawowitej, „Białej Gazeli“, wspaniały władca Mohrebu i ku młodszym, piękniejszym odaliskom oczy swe i afekty zwrócił.
Nie wiedział rycerz, jak ma pocieszyć zrozpaczoną kobietę, w której krzywda, miłość, zazdrość i duma wezbrały i rozogniły serce nienawiścią i żalem. Nareszcie rzekł cichym głosem:
— Jeżeli byłaś dobrą mu żoną, lalla, wróci do ciebie sułtan, gdy troska ciężka spadnie mu na duszę... Płoche, piękne i młode niewiasty dobre są w chwilach szczęścia i chwały, a stateczna, wierna żona przyjaciółką pozostanie w nieszczęściu. Powróci sułtan do ciebie, lalla, bo los zmienny jest, jak te chmury nad śnieżnemi szczytami gór!
Kobieta milczała długo.
— Masz dużo żon? — spytała po chwili.
— W moim kraju mężowie mają jedną żonę! — odpowiedział.
— Kochasz-że ją? Jesteś wierny jej? — pytała.
— Tak! Kocham nad życie swoje, więcej od duszy własnej! — wybuchnął rycerz.
— Co ty możesz wiedzieć? — szepnęła. — Żyjesz teraz tu i nigdy swego kraju nie ujrzysz więcej. Twoja żona mogła zapomnieć ciebie dawno, inny wziął ją mężczyzna. Serce ludzkie ma krótką pamięć!
— Nie! Nie! — zawołał z siłą rycerz. — Jak słońce nie może zgasnąć, tak nie zgaśnie nigdy nasza miłość! Prędzej wyschnie morze do dna, niż zaginie w na-