Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/256

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Był tam sułtan Mohrebu, Sudanu, Atlasu i Ifni — wspaniały i potężny Ahmed-el-Mansur, jego syn ulubiony, Azis-es-Rahman, możny książę krainy Gwardaja, Mohamed-ek-Mohtar, najwyżsi dostojnicy wojenni i dworscy i liczny harem, którym słynął wśród innych władców muzułmańskich szeryf Saadien.
Pan Haraburda, stojąc w krzakach, z zaciekawieniem przyglądał się barwnemu orszakowi.
Sułtan ze swoimi gośćmi, świtą i haremem weszli na pokład i zajęli miejsca na miękkich kobiercach; nagie czarne niewolnice zaczęły rzucać wonne płatki kwiatów i zapalały latarnie z barwnego szkła; hebanowi murzyni stanęli przy sterze i przy burcie pokładu. Kapela skoczniej grać zaczęła i na środek galery wyszły tancerki.
Szeryf skinął ręką i czarni niewolnicy wspinać się zaczęli na maszty, rozwijając żagle. Galera majestatycznie odbiła od brzegu, a pan Haraburda spostrzegł, że się kołysała i przechylała z burty na burtę.
— Krótki ma kadłub, niema głębokości, a wysoka okrutnie! — pomyślał wprawny żeglarz.
Nagle nadleciał od gór silny powiew wiatru, poderwał żagle, pochylił galerę, aż skrajem pokładu wodę podcięła i nagle się przewróciła, ukazując okrągłe, szerokie dno.
Wyć i rwać się w powietrzu zaczęły przeraźliwe krzyki, ponure wołania o pomoc. Powstał zgiełk. Ludzie zmagali się ze sobą w wodzie, czepiali burty galery, chwytali się wzajemnie i razem tonęli. W tłumie borykających się na toni ludzi wrzała walka o życie. Rycerz jednak zrozumiał, że tam ratunku niema, gdyż