Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/252

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Kubala się zaśmiał i zawołał:
— Piękniem mu śpiewał, przygrywał i przytupywał, a gdy zechciał inszej jeszcze śpiewki, zacząłem, o elektorze brandenburskim wspomniawszy, okrutnie żałośnie zawodzić:

„Ritter, steig nicht ab vom Ross,
„Denn’s Mariechen ist nicht im Schloss.
„Auf dem Friedhof wohnt sie schon,
„Denn der Tod ward ihr zum Lohn...“

Śmiać się znowu jął imć Kubala i mówił:
— Chlipał sułtan, chlipali inne bisurmany, piszczały gładkie flury z żałości wielkiej, a ja dla kompanji śluzy z oczu kułakiem ścierałem, jako że serce mam tkliwe!...
Pan Haraburda, mimo, że życie było spokojne i dostatnie, chodził coraz bardziej ponury i smętny.
— Na co się zdała moja praca? — pytał siebie. — Każą mi coś nowego robić — będę robił, a życie mija i mija... Wandka mnie już za zmarłego ma i za duszę moją msze żałobne, pono, funduje. Nigdy już nie wyrwę się stąd! Cudza ziemia pogańców utuli mnie na zawsze...
Rozpacz żelazną obręczą ściskała serce rycerza. Nie mówił jednak o niej nikomu, aby ducha nie zabijać w swoich ludziach. Wiedział bowiem pan Haraburda, że każdy z nich w trosce i czarnych myślach żywot pędził.
Pewnego razu, gdy już od śnieżnych szczytów zimny jesienny wicher zalatywał, spotkał rycerz w Agwedalu niewiastę. Miała na sobie bogate szaty, czerwone haftowane pantofle i złote manele. Twarz swą kryła pod białą płachtą; kilka kosmyków siwych włosów wybiło