Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/251

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Jezioro napełniło się wodą, która niegłębokim wąwozem pobiegła przez Agwedal do dawnego, już wysychającego jeziora.
W pałacowych budynkach tegoż dnia ulokowali się pan Haraburda z Kubalą w przestronnej izbie, a obok gdańscy żeglarze. Na niczem im nie zbywało. Nie potrzebował już imć Kubala przemyśliwać nad tem, aby do kuskus suciej dodano baraniny. Mięsa było poddostatkiem i tłustego mleka i owoców wszelakich.
Kubala, przygrywając sobie na lutni maurskiej, pięknie śpiewał skoczne lub rzewne piosnki mazurskie, lub, dogadzając okrętnikom, nucił groźne i ponure sagi żeglarskie, których się nauczył w zamku na skalistej Filsandzie.
Usłyszał jego śpiew marszałek i przed sułtanem stawił. Śpiewał i grał imć Kubala przed władcą, piękny pas w upominku dostawszy, a gdy do izby powrócił, rozpowiadał uciesznie o pobycie w pałacu.
— Te dzierlatki sułtańskie tak wywracały do mnie oczy, jak kot na szperkę, mój jegomościu! Nic inszego, tylko ożeni mnie sułtan z jakową frygą i będzie Kubala sułtańskim krewniakiem od lewej strony!
— Cóżeś śpiewał, waćpan, sułtanowi? — zapytał Holz.
— Pięknie mu zaśpiewałem:

„Kąpała się Kasia w morzu,
„Pasła koniki we zbożu,
„A Jasinek jechał z pola,
„Zajął koniczki do dwora,
„Kasinka się dowiedziała,
„Po koniki poleciała.
„Masz ci, Jasiu, dwa talary,
„Jeden — nowy, drugi — stary...“