Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/250

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Zgasł lont, czy co?... — rozległ się nagle szept Holza.
— Nie! Bóg tego nie dopuści! — zawołał rycerz donośnym głosem, wyciągając ku jeziorowi rękę. — Prochy rychło wybuchną!
Drgnęła ziemia, szarpnęła się z pod stóp stojących woddali ludzi, drzewa pomarańczowe pochyliły się nagle, deszcz owoców spadł z nich, osunęło się z łoskotem kilka kamieni i potoczyło na dno jeziora. Okrzyk przerażenia tysiącznego tłumu wstrząsnął powietrzem.
Po chwili znowu zaległa cisza, lecz rozdarły ją wnet radosne krzyki widzów. Z trzaskiem pękła zamurowana studnia. Podnosić się i wylatywać w powietrze zaczęły kamienie, odłamy wapna, resztki beczek i szmat, aż trysnęła szeroka struga wody i szybko wylewać się zaczęła, napełniając jezioro.
— Boże miłościwy! — wołał rycerz w uniesieniu. — Niech Imię Twoje będzie pochwalone na wieki wieków!
Padł na kolana i zaczął na głos „Ojcze nasz“ odmawiać. Dokoła klęczeli okrętnicy i oczy załzawione ku niebiosom podnosili, bijąc się w piersi. Kubala krzyżem leżał i łkał.
— Cud! Cud!... — rozlegały się szepty.
Jezioro szybko się napełniało wodą. Ku rycerzowi szedł otoczony świtą Azis-es-Rahman z łaskawym uśmiechem na dumnej twarzy.
— Mianuję ciebie sułtańskim „alem-ghela“, a ludzi twoich do służby pałacowej biorę!
Gdy skończył mówić, otyły marszałek podał panu Haraburdzie ciężki worek z dzwoniącemi piastrami hiszpańskiemi.