Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/244

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


podpędzających zdrożonych i zgłodzonych ludzi, coś krzyknął chrapliwym głosem, wskazując dzirytem na bramę.
Jeńcy ujrzeli ścięte głowy ludzkie, zawieszone na żelaznych hakach.
— Mellah! Mellah! — ponurem głosem wołał Maur.
Były to głowy straconych przez Arabów niewolników. Po ścięciu kat zwykle oddawał je do żydowskiej dzielnicy, do której wkraczał właśnie smutny orszak białych ludzi. Pod groźbą kary żydzi zmuszeni byli solić ścięte głowy, aby te dłużej mogły wisieć na murach, postrach siejąc wśród wrogów proroka i jego szeryfa-sułtana.
Ujrzawszy zsiniałe pomarszczone głowy ściętych, Kubala mruknął do majtków gdańskich:
— Trzymajcie się, chłopcy, ostro, bo tu, widzę, łacno stać się krótszym o jedną głowę!
— Christ! — westchnął Holz. — Zlituj się nad nami!
— Aha, do Chrystusa wołasz? — cicho zaśmiał się niepoprawny wesołek. — Na galjonie toś inaczej nie gadał, jak „sto tysięcy czartów w żebro!“
— Grzeszny jestem, ale Bóg miłościwy! — rzekł z pobożnem westchnieniem surowy szyper.
— To od datłów stałeś się takim świętobliwym, Arturku! — zauważył imć Kubala. — Wiadomo, że jak trwoga — to do Boga!
— Pomyśl o sobie lepiej, asanie! — upomniał go pan Haraburda. — Masz jadowity język, a przekorny. Słyszałem ja od pewnego bywalca, że bisurmany, aby ułaskawić żmiję, żądło jej wyrywają. A to, pono, też kole głowy leży, hę!