Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/245

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Co też jegomość prawi! — żachnął się młodzik. — Toż to ja jeno dla wesołości gadam!
Jeńcy przeszli żydowską dzielnicę Mellah i zatrzymali się przy niewysokim murze, otaczającym obszerny ogród. Zbrojna straż roztworzyła podwoje bramy i, gdy orszak przeszedł, z łoskotem zamknęła je.
Głuchy huk zawierających się wierzei i zgrzyt zasuwanych wrzeciądzów podobny był do ponurego łoskotu grudek ziemi o trumnę, opuszczoną do dołu cmentarnego, bo też wielu z tych, którzy przekroczyli tę bramę, nie sądzono było już nigdy wyjść poza obręb wspaniałego ogrodu.
Był to Agwedal, las najcudniejszych drzew owocowych, ukrywających w swym gąszczu Dar-el-Mahzen sułtanów Saadien.
Zdrożonych ludzi umieszczono w długim, murowanym budynku i pierwszy raz nakarmiono. Wieczorem przybył jakiś gruby dostojnik pałacowy, oglądał jeńców i indagował wojowników El-Ajacziego.
— Jesteś „alem-ghela“? — zapytał, podchodząc do pana Haraburdy, który na to pytanie skinął w milczeniu głową i ręką wskazał stojącą dokoła gromadkę gdańszczan.
— Lechistan? — rzucił pytanie Maur.
Pan Haraburda ponownie skinął głową.
Maur zaczął oczy podnosić ku pułapowi i cmokać grubemi, sinemi wargami, powtarzając:
— Lechistan — dar-el-Saba! Lechistan! Lechistan!
Miało to oznaczać wielki zachwyt przed potęgą Polski, którą na Wschodzie nazywano „siedzibą lwa“.
Dostojnik długo rozmawiał później ze strażą i od-