Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/239

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kury udasz i o ożenku myśleć poczniesz! — zauważył pan Haraburda. — Kosmatą ręką, rychło patrzeć, spotkamy biało-czarne imć Kubalowe stadło!
— Ha! Już ja, jegomościu, wiem, że panna to — „bent“, pani zaś — „lalla“! Gdy się nauczę pięknie grać na bisurmańskiej lutni — „gunibri“, po nocach będę miłośne pienia wyprawiał! — droczył się młodzieniec. — Już mam słodkich i ognistych słów pełen trzos, mój jegomościu!
— Cóż to za słodkie słowa?
— „Halu, zin, nokra, debeh, nard, nar i... felfel“! Aha! — cienko chichocząc, mówił Kubala. — Jest to cukier, gładka, srebro, złoto, wonny olejek, ogień i... pieprz! Osądźcie, jegomościu, jak ogniste i piękne z tego można wykwintować pienia!
— Śmiejemy się sobie, asanie, a życie uchodzi i co dalej będzie — nie wiemy! — mruknął ze smutkiem rycerz, bo dawny spokój zaczął go opuszczać.
— A no — nie wiemy! — zgodził się Kubala. — Ale kiedykolwiek to się dowiemy...
— Kiedy już starzy będziemy? — spytał go pan Haraburda.
Kubala milczał długo, aż rzekł poważnym głosem:
— Bóg Miłościwy nie ostawi nas bez pomocy, mój jegomościu! Tak myślę, że za owych zbójów — Palena i Swena nagroda nas nie minie... Dobre już to, że nazywają jegomościa te czarne basałyki „alem ghela“, co znaczy budowniczy, więc ani w łańcuchy nie wezmą, ani w pogardzie mieć nie będą, bo na takich im tu siła zależy, jako, że lud tu wszędzie wojenny...
Tak upływał czas niepewny, bez upragnionego końca i nadziei.