Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/238

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sie lub przy wałach i rowach, przyjaciół sobie z pośród strażników i starszyzny maurskiej zjednywać, języka ich się ucząc.
Pan Haraburda z podziwem słuchał, jak Kubala, charcząc i zgrzytając gardłem, o świcie pozdrawiał Maurów, mówiąc po arabsku:
— Selam alejkum, khuan!
Prędko się nauczył Kubala najpotrzebniejszych słów i, naszwargotawszy się ze swymi przyjaciółmi, z figlarną miną oznajmiał, że dziś będzie „przednie wżeranie“.
— Mój jegomościu! — mówił, podbiegając do rycerza — wczoraj wieczora „dżezar“ dał „kumją“ po gardle „kebir ghenem“. Więc dużo będzie „leham“. A ja kazałem w imię „Allacha Khalek Embarek“, aby „halib“ przynieśli, „kezerasy“, „teffah“ i „ineb“, „kermes“ i „temer“. A „zitan-udi“ będzie najświeższa! Moja w tem „ras“.
— Co, asan, balboczesz? — wołał pan Haraburda. — Gadasz, jakbyś kamyki na blachę ciskał!
— Tożto całkiem proste, jegomościu! — wołał wesoły Kubala. — Powiadam, że wczoraj wieczora rzeźnik nożem dał po gardle dużemu baranowi. Dołękę mięsa mieć będziemy. Ja zaś kazałem bisurmanom, w imię błogosławionego Allacha-Stwórcy, przynieść mleka, placków jęczmiennych, jabłek, winogron, fig i datłów. Oliwa będzie świeża, moja w tem „ras“!
— Cóż to za „ras“, nicponiu jeden?! — krzyknął rycerz.
— „Ras“ — to głowa! Moja w tem głowa — powiadam! — śmiał się imć pan Wojciech.
— Jak tak dalej pójdzie, to waść mi się w kon-