Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/232

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


krzyknął rozochocony Kubala. — Dogadzają nam, jak ksiądz Kachnie! No, mości Ottoboni, a skosztujcie!
Dostojny Włoch, który zupełnie stracił na animuszu, z trudem szczyptę kaszy, zagarnąwszy palcami, gdyż łyżek nie używają w Mohrebie, do ust włożył.
Na ten widok, Kubala skoczył i udanym tubalnym głosem wyrecytował:
— Katarzyna z Nadarzyna, Jakubek z Dłubek: pierwsza zapowiedź; ktoby wiedział o jakiej przeszkodzie, niechaj puści bąka na wodzie; Katarzyna z Ciecierzyna, Jan z Kijan, zapowiedź druga, ale z tego nic nie będzie, bo obydwa chłopy!
Zgadł wesoły imć Kubala, bo Ottoboni pluć nagle zaczął, wołając:
— Gorzka, podła oliwa!
— Delikatny pan, niczem bernardyńska pięta! — mruknął Kubala do pana Haraburdy. — Je, jak szydłem patokę!
— Mielesz, asan, językiem, jak baba kołowrotem! — zaśmiał się rycerz.
— Pół człowieka bez języka, mój jegomościu! — odciął się młodzik. — Exemplum: szyper Holz. Na galjonie to gadał i gadał zbereźne, sprośne słowa, a tu milczy, jakby wody nabrał...
Krotochwilny Kubala rozweselił jednak wszystkich i ducha obudził. Rozległ się śmiech wesoły, podsycony też tłustą kaszą. Stojący na warcie zbrojny Maur zajrzał do izby i ze zdumieniem podniósł ramiona.
Pan Haraburda czuł się niezwykle spokojnym. Kilka razy mignęła mu myśl, jak, siedząc przy kominku w domu, będzie pani Wandzie opowiadał o swej niedoli maurskiej, z której, jak dotąd, nic sobie nie ro-