Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/231

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ottoboni, wielki miłośnik swego ojczystego poety Dantego.
— E-e, mój jegomościu! — odparł młodzieniec. — Przez tyle już przeszliśmy pięknych bram, więc skoro entrate, dlaczegóż nie moglibyśmy... drapate? Miejmy w Bogu nadzieję!
— Nie, teraz to „kaput“ z nami! — westchnął szyper Holz.
— Kraczesz, jak wrona na sowę! — mruknął Kubala. — Nadzieja w Bogu, w torbie chleb...
Tak rozmawiając, doszli do nowej bramy, która już osypywać się zaczęła.
Za bramą widniał duży, biały budynek z okrągłą kopułą i długą murowaną szopą, przylegającą do muru.
Maurowie wprowadzili jeńców do obszernej izby, głęboko w ziemi zapadłej, i, zdjąwszy powrozy ze związanych, wyszli, zamknąwszy za sobą mocne drzwi. Przez mroczną izbę biegł w kamiennem korycie strumyk, więc jeńcy z radością gasili pragnienie i obmywali zbiedzone głowy i potarte sznurami ramiona.
Przyniesiono strawę. Był to „kuskus“ — kasza jęczmienna, polana palącym sosem czerwonym i okraszona kawałkami mięsa baraniego.
Pierwszy spróbował posiłku imć Kubala i, głośno mlasnąwszy wargami, zawołał:
— Jak jest z czego, to i dureń kaszy nawarzy! Wcale przednie, a ogniste! Uf!
Po nim próbował jadła pan Haraburda i rzekł:
— Dobra! Jakbym jadł naszą sałamachę, do której jakiś trefniś saporu dla figla dolał.
— E-e, widzi mi się, że tu dobrzy ludzie żyją! —