Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/212

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


od elektora brandenburskiego, na którym siła nam zależy, oraz od nuncjusza ojca świętego nadeszły!
— W jakiej materji owe listy, miłościwy panie? — zapytał hetman.
— Nasi żeglarze, napadłszy szwedzką galerę, pobili ją... — mówił król.
Gratiam Deo agamus, najjaśniejszy panie! Zacnie zrobili! — przerwał królowi pan Koniecpolski, już miarkując, o co chodzi.
— Tak, tak! — rzekł niecierpliwie król. — Nie wiesz tylko, że owi żeglarze kogoś tam ze skóry obdarli, a posłowi cesarskiemu, marszałkowi brandenburskiemu i dwóm jezuitom partes posteriores szpetnie linkami posiekali! Horesco referens!
Przerażenie i wstręt malowały się na twarzy Zygmunta.
Pan Koniecpolski zamyślił się, szukając wyjścia z kłopotliwej sytuacji.
Nareszcie spytał:
— Czy niema wyjaśnień w owych pismach, za co tak spostponowano ojców jezuitów, wasza królewska mość?
— Pisze nam nuncjusz, że tylko za to, iż jakowyś zdrajca, oraz poseł cesarski i marszałek brandenburski byli w przebraniu, mając na sobie szaty duchowne! — odparł król, marszcząc brwi.
— Niechże najjaśniejszy pan nie frasuje się zbytnio! — zawołał hetman. — Jutro z marszałkiem koronnym pojedziemy do rezydentów cesarza i elektora, a także do nuncjusza. Sprawa jest jasna!
— Jakto — jasna! Czyś, waść, vinolentus?
— Nie jestem podpity, miłościwy panie! — zaprze-