Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/211

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


daruję wam życie, tylko pamiątkę po sobie do śmierci pozostawię. Postrzępić im pośladki linkami, chłopcy, a żywo!
Gdy wszystko zostało załatwione w tak okrutny, krwawy sposób, zwieziono jeńców na brzeg i dano im wolność.
Panowie Haraburda i Witt, dowiedziawszy się o losie Szwedów, za głowę się schwycili.
— Co to gwałtu teraz będzie! — zawołał Witt.
— Źle jest! — zgodził się rycerz.
— Niech mnie oddadzą katom! — krzyknął Kubala. — Ja się za panią naszą pomstowałem, bom takem sobie ślubował!
Ponieważ pomordowanych nie można było wskrzesić, a pokaleczonym — skóry poprzyklejać, komendanci wydali rozkaz, aby szyprowie prowadzili okręty do Gdańska, umówiwszy się, że nikt o wypadku ani słówka nie piśnie.
Pan Haraburda zaczaił się w domu, jak mysz pod miotłą, czekając, co z całej wyprawy wyniknie. Jakoś cicho było jednak przez długi czas zimowego bezczynu, gdy statki polskie, otulone oponami, stały bez ruchu w zatoce gdańskiej i na Małem morzu.
— Może złe przeminie! — myślał rycerz.
Nie wiedział jednak, że pewnego wieczora król Zygmunt nagle wezwał do siebie przebywającego w Warszawie hetmana Koniecpolskiego.
— Mości hetmanie, — zaczął król mocno gniewnym głosem — powiedz nam, czy rei publicae christianissimae rex sumus, czy inter barbaros panować musimy? Marszałek koronny odczytał nam epistolas aegerrimas, które od cesarza, naszego aljanta wiernego,