Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/204

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Byle, wasza dostojność, nie jakowaś morska wyprawa... — zaczął pan Haraburda.
— A to cóż nowego, mopanku? — zapytał, chmurząc czoło, pan Koniecpolski.
— Suponuję, mości hetmanie, że panowie komisarze królewscy do wieży mnie wrzucić każą! — odparł rycerz.
— Ha, w tem sęk cały! — zawołał dostojny pan. — Nie miej jednak alternacji, mopanku! Są komisarze, ale jest jeszcze, przecie, hetman Koniecpolski, mopanku! A ten buławy i swoich principia łacno nie popuści z rąk, ja ci powiadam! Na piśmie rozkaz dostaniesz! Całe odium biorę na siebie i chcę scelus scelere cumulare!
— Iść od zbrodni do zbrodni? — powtórzył rycerz i pytająco spojrzał na hetmana.
— Tak jest! — krzyknął hetman i pięścią walnął w stół. — Ci cudzoziemscy gemajny nie rozumieją, że in summo periculo jesteśmy i musimy się bronić! Król ucha im nadstawia, bo jeszcze ma nadzieję, że utrzyma przy sobie swoich adoratores w Szwecji, którzy za twoje harce krzyk okrutny wszczęli, a szlachta już zaczyna o morzu z pogardą i drwinami gadać...
— A przecie, wasza dostojność, ta sama szlachta ofiary na armatę składała? — zauważył pan Haraburda.
— Kto składał? Rozumniejsi, jak Potoccy, Sieniawscy, Ostrorogi, Radziwiłłowie, Sapiehowie, poczciwe mieszczaństwo, tacy Morsztynowie, Kmitowie, Fuggerowie, Baryczkowie, Korbowie, a czyż wielu mamy takich rozumniejszych i zacnych? Inni z trzosów talary wyciągali, zębami kłapiąc na wakansy i łaski kró-