Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/205

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


lewskie! Już słyszałem, że bracia-szlachta tu i ówdzie nasze morskie poczynania za trwonienie grosza, za zbrodnię, za crimen pessimum uważają!
Mówiąc to, pan Koniecpolski walił i walił pięścią w stół.
Zapadło głębokie milczenie, gdyż obaj siedzący w ciemnej komnacie hetmańskiej panowie rozumieli, że przychodzą na ojczyznę ciężkie czasy, które ją w niedoli srogiej pogrążyć mogą.
Pierwszy odezwał się pan Haraburda:
— Szlachta tylko swej złotej wolności bronić potrafi zażarcie, swawolę z wolnością, gwałt z prawem do jednej kupy składając. Co dla niej morze? Wiedzą o niem jeno bajdy o syrenach, wężu straszliwym i innych monstrum! Zrozumieliby to łacniej kmiecie i wszyscy ci, których, z nawyknienia, ludźmi podłego stanu nazywamy. Ci broniliby morza nie dla pochwały i zaszczytów, lecz ziemi rękoma spracowanemi się czepiając. Jeno przedtem o podłym stanie należałoby zakazać wspominać, no i wolność dać...
Hetman podniósł głowę i słuchał. Pan Władysław prawił dalej:
— Szlachta, jak to szlachta! Spodoba się — to cały świat na szablach rozniesie! Nie spodoba się — z domu nie ruszy lub liberum veto zaśpiewa! Prześpiewali zagarnięcie Kozaczyzny ukrainni królewięta, prześpiewali Krym, prześpiewają i morze. Ale gadać, ha! gadać będą do siódmego potu!
— Niech gadają szczekacze — rzekł, uspokoiwszy się nieco, hetman — a my swoje robić będziemy! Ja chcę szwedzkie siły tu przyciągnąć, aby Gustawa-Adolfa takową awersją w sieci usidlić. Tu się on łac-