Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/194

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mnie... przed zgonem... aby zrozumiała miłość moją i z nią... odeszła...
W ciemnym alkierzu stał się cud nagły, widoczny.
Chora z trudem podniosła głowę i spojrzała na rycerza. W jej oczach błysnęła radość bezmierna, zaciśnięte usta poruszyły się nieznacznie i w ciszy rozległ się szept, raczej westchnienie krótkie:
— Władeńku!...
Rycerz padł twarzą na jej ręce, okrywał je pocałunkami i szeptał:
— Słysz mnie, Wandko najsłodsza, słysz! Bóg się nad nami zmiłował i Syn Jego Umęczony! Nie możesz odejść odemnie, bo nie byłoby tedy sprawiedliwości przedwiecznej i Bożej łaski! Jam dla miłej ojczyzny w dobie potrzeby groźnej porzucił ciebie, chociaż tylko dla ciebie bije moje serce w piersi! Niemasz nic innego, dlaczegobym opuścił ciebie i nie ustrzegł przed złem! Czyżby taką nagrodę obmyśliły dla mnie niebiosa?!
Nie wytrzymał rycerz, łkać na głos zaczął i drżeć cały, przejęty do dna duszy zrozpaczonej.
Pani Wanda z wielkim wysiłkiem białą, wychudłą dłoń podniosła i opuściła ją na zbiedzoną głowę męża.
W tej chwili weszła do alkierza ochmistrzyni.
— Konie i pachołki przed domem — szepnęła.
Kubala natychmiast wyszedł na ulicę.
— Antek! — rzekł do jednego z pachołków. — Popędzisz do pana starosty do Pucka i powiesz mu, że nasz pan powrócił, wszystkiego dokazał, co miał dokazać, a teraz jest w domu, bo pani przy śmierci. Rozumiesz?
— Jakby kto do głowy włożył! — odparł pachołek.