Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/195

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— No, to ruszaj z kopyta! — krzyknął imć Kubala i mówił do drugiego:
— Ty zaś popędzisz do hetmańskiej kwatery i powiesz, że nasz pan powrócił i prosi, aby lekarza rychło przysłano, bo pani mocno zasłabła, bezmała umiera. Syp!
Pachołek przygiął się do karku końskiego i smagnął go harapem.
— No, na teraz to i wszystko! — mruknął do siebie Kubala. — A jutro pogadamy inaczej i obaczymy...
Skierował się ku domowi, sam zamknął drzwi i klucz schował do kieszeni.
W świetlicy spotkał ochmistrzynię.
— Jak dawno pani nasza tak zaniemogła? — spytał ją.
— Dwie niedziele już będzie — odparła i dodała. — Co teraz będzie, ktoś driakiew pani stłukł... Trza będzie po nową posłać?
— Któż to mógł stłuc? Sto kijów takiemu! — zawołał imć Kubala. — Nie trza nowej driakwi, nasza pani i bez niej zamrze... Tylko czekać, dobrodziko, tylko czekać!
Westchnął i, przechodząc, w przelocie groźnie spojrzał na kręcącego się po świetlicy pachołka.
Kubala długo przebywał na dworze barona Palena i wiedział, że driakwie różne bywają, więc był na dobrym tropie, a gdy dojrzał zmieszanie na twarzy Rozy, pomyślał:
— Jaka ta była driakiew i skąd ty ją masz, to sama wyśpiewasz, moja w tem głowa, kawko luba!
W alkierzu Kubala zastał pana Haraburdę, pochylonego nad żoną i trzymającego ją za ręce. Le-