Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/160

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Pan Haraburda zmiarkował, że Gdańska okowita była zbytnio ognista, więc odrazu do przytomności umysłu i powagi powrócił i, powstając, rozkazał:
— Szyprze, jak jolka przyjdzie od brzegu, wypłyniesz na morze i poprowadzisz brygantynę do Gdańska. A warugi wyznaczyć pełne i pilnować, pilnować! Czuj duch!
Na pokładzie, marsach i obajach po chwili odbywano zwykłą podczas pławby robotę. „Zjawa Morska“ biegła ku wschodowi. Czaty tkwiły na marsach. Ponury, do złomu skalnego podobny Muża mruczał zwykłe straszliwe przekleństwa morskie, z których najgrzeczniejsze opiewało na „trzykroć sto tysięcy pustych kadzi śledziowych“, pykał fajką i, stojąc przy sterniku, nadawał brygantynie ryzę na wschód.
Pan Haraburda wyciągnął się na swym leżaku w dunecie i chrapał.
Czuł radość wielką w sercu, bo we śnie uśmiechało się doń słodkie, piękne, gorąco kochane oblicze pani Wandy a w jej modrych oczach świeciła miłość i duma.
Zagończyk morski spał aż do Kołobrzegu, gdzie czeladź z warugi nie dojrzała żadnego śladu zatopionego „Carla I-ego“.
Nikt z porwanych przez pana Haraburdę Szwedów nigdy nie przyznał się, jak podszedł ich zagończyk polski, zarówno jak możny elektor brandenburski nikomu się nie pochwalił otrzymanym od rycerza listem zuchwałym, z pieczęcią smolną.