Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/157

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Szwedzka brygantyna „Carl I“ dogorywała. Nikt nie miał wątpliwości, że nim zmierzch zapadnie, na powierzchni morza pozostanie tylko byta, żałosne resztki dumnego okrętu.
Polska szkuta została sowicie okupiona i pomszczona, lecz nie takim był wojownikiem pan Haraburda, aby na tem poprzestać, więc kazał podnieść banderę polską i ryzę wziąć na zachód.
Do zatoki szczecińskiej „Zjawa Morska“ weszła śmiało, już wiedząc, że nie spotka w niej poważnego przeciwnika. Szwedzi i Niemcy, ładujący krypy i lichtuny zbożem, mięsem, łojem i rybami, pewni, że powraca broniący ich „Carl I“, nie zwrócili na polską brygantynę żadnej uwagi. Dopiero wtedy, gdy „Zjawa Morska“ zaczęła ostrzeliwać mały stary bryg, który, otrzymawszy kilka pocisków, zaczął się palić, jak kupa słomy, powstał popłoch.
Większe i mniejsze statki w gwałtownym pośpiechu jęły wciągać na maszty gaflowe żagle, zamierzając ukryć się na Odrze, lecz pan Haraburda żygnął kulami i przez tubę wydał rozkaz, aby nikt się nie ważył ruszyć z miejsca.
Majtkowie polscy zawinęli się szybko i sprawnie.
Kilku znaczniejszych kupców i jakiegoś barona obito kańczugiem, wygarbowano skórę kilku Szwedom, co nie chcieli grzecznie gadać, spędzono całe bractwo na piaszczysty, niezaludniony brzeg w pobliżu Wollina, a gdy się koło tego szybko załatwiono, wszystkim statkom przewiercono dno i zatopiono.
Skoro na powierzchni zatoki nie było ani śladu kryp i łodzi, Kubala, wesoło śmiejąc się, zawołał:
— Tak, jakby kto zamiótł komnatę po szumnej