Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/156

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nareszcie brygantyna weszła na głębię między brzegiem i łachą.
Pan Haraburda, spokojny o przebieg bitwy, krzyknął:
— Ognia z pierwszego deku!
Huknęły działa. Dym rozdzielił napastników i napadniętych, a gdy się rozprószył, na „Zjawie Morskiej“ wszyscy ujrzeli pochyloną na lewą burtę brygantynę, usiłującą zawrócić i wyjść poza łachę.
— Ogień z dolnego deku! — rozległa się komenda rycerza.
Po tej salwie brygantynę szwedzką, z potrzaskaną burtą i rozbitym fokmasztem, porwał wiatr i przytknął do piaszczystej łachy.
Napad „Zjawy Morskiej“ był tak gwałtowny i niespodziewany, że żadne działo szwedzkie nie zdążyło dać ognia. Nieprzyjacielscy marynarze natychmiast podnieśli białą chorągiew.
Polski okręt zbliżył się do rzucanej przez fale brygantyny, która co chwila ciężko opadała na piasek. Pękały na niej burtnice i puszczały wodę do rumów, obrywały się wanty, barduny i gafie; chwiały się maszty, a zluźnione w wiązaniach reje groziły upadkiem.
Czeladź „Zjawy Morskiej“ zamykała jeńców do rumu, przenosiła na swój pokład skrzynie z zapasami bojowemi, szkatułę z pieniędzmi i broń; wytaczała armaty, a nawet obcinała żagle i linostrój.
Morze dopomagało Polakom, szybko druzgocząc kadłub szwedzkiego okrętu, łamiąc mu kil, klamburtę i wysoką rufę, odrywając poszycie i wdzierając się coraz dalej do wnętrza.
Odłamki masztów, łęcin i desek już pląsać zaczynały na grzbietach fal.