Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Mocni ludzie.djvu/16

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przez tajgę. W tym momencie nadszedł Lis. Przyjrzał się blademu chłopakowi i zawołał radośnie:
— Sieńka! to ty byłeś?!
Poznał bowiem syna kupca Rodionowa, czternastoletniego Szymona, którego polubił za cichy, łagodny wyraz oczu i śpiewną mowę.
— Nie bój się! — dodał ze śmiechem. — Już ten „czałdon“ ciebie nigdy nie dogoni! Ubiłem go siekierą... Idź teraz i zabierz mu kożuch na pamiątkę przygody!
Poklepał chłopca po ramieniu i poszedł do pracy, po drodze opowiadając żonie o wypadku w kniei.
— Bardzo jestem rad, Julianko, że mogłem się odwdzięczyć tym dobrym ludziom za ich przyjaźń dla nas! — zakończył Lis swe opowiadanie.
— Chwała Bogu, żeś był w lesie, inaczej z pewnością na rodzinę naszych przyjaciół spadłby ciężki cios! — zawołała żona zesłańca.
Znowu zastukała siekiera wcinając się w świeże, smolne drzewo, leciały drzazgi, zgrzytała piła i syczał hebel wyrzucając długie, skręcające się wióry.
Dopiero gdy mrok zapadł, powrócił zesłaniec do domu. Zastanowiły go na chwilę skupione, poważne twarze Rodionowych, zapłakane oczy żony i matki kupca i radosne błyski w oczach Sieńki i jego młodszej siostry, czarnowłosej Duni.
Obmywszy się i przebrawszy po pracy, wraz z Julianną poszedł na wspólną wieczerzę, jak to się odbywało codziennie.
Cała rodzina Rodionowych była już przy stole.
Gdy weszli Polacy, wszyscy się podnieśli, a sam Rodionow głosem pełnym przejęcia i wzruszenia zwrócił się do Lisa z tymi słowy:
— Uratowałeś nam jedynego syna! Nie możemy wyrazić ci, bracie, wdzięczności naszej inaczej, jak tylko czynami, bo język ludzki słaby jest i zdradliwy. Teraz wiedz, że możesz