Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Mocni ludzie.djvu/17

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


liczyć na nas w każdej potrzebie, jak na najbliższą rodzinę!
Tyle zaledwie powiedział Michał Rodionow, kupiec i rybak narymski.
Lisowie dziękowali wszystkim i wyrażali radość, że mogli odwdzięczyć się za ich dobroć i przyjaźń, bo na obczyźnie brak jej bodaj najdotkliwiej odczuwali.
Na tym cała ceremonia się zakończyła.
Przy wieczerzy już nikt ani słowem o przygodzie Sieńki, ani czynie Władysława Lisa nie wspomniał.
Jednak szczęśliwe i zagadkowe spojrzenia, rzucane przez Rodionowych, zwróciły na siebie uwagę Polaków. Nie wiedzieli jeszcze, czym mają to sobie objaśnić.
Władysław Lis po wieczerzy i modlitwie już układał się do snu, gdy uszu jego doszły jakieś głośne rozmowy przed domem, skrzypienie kół i gwar znacznego tłumu ludzi. Ponieważ wszystkie te odgłosy wkrótce się oddaliły i umilkły, usnął spokojnie.
Rano, tuż o świcie, zabrawszy narzędzia pobiegł do roboty.
Jakież było jego zdumienie, gdy ujrzał całą gromadę Samojedów, którzy pod przewodnictwem Rodionowa uwijali się wokoło nie dokończonej chaty.
Cztery duże ogniska, palące się przy domu, nie zdążyły jeszcze wygasnąć.
Zesłaniec wydał okrzyk radości. Budowa chaty przez noc znacznie posunęła się naprzód. Cieśle pokrywali już dach deskami i nabijali białe gonty. Stolarze dopasowywali framugi w oknach i w drzwiach, inni strugali deski na stoły, szafy, łóżka i stołki.
Do stojącego w osłupieniu Lisa zbliżył się Michał Rodionow.
— Gdym opowiedział Samojedom o uratowaniu przez ciebie syna mego, nazwali cię sprawiedliwym człowiekiem.